niedziela, 18 maja 2014

A masz z liścia!

A bierzcie je, zrywajcie, jedzcie! Liście i listeczki, okrągłe, poszarpane, ciemno- i jasnozielone. Cieszcie się nimi i dodawajcie do wszystkiego.
Tym razem było to tak. W lodówce umierały sobie powoli młode buraczki, a na łące rosło mnóstwo młodych, pachnących liści. Postanowiłam wskrzesić lodówkowe zombi siłą wiosennej zieleni. Narwałam mnóstwo kurdybanku i komosy białej. Ależ pięknie wyglądały w bukiecie.

Umyłam, posiekałam. Dzikie rośliny i buraczki - razem z liśćmi, rzecz jasna. (Mojej babci np. przeszkadzały posiekane liście w zupie i je pracowicie przecedzała, ja jestem liściolubna i nie mam zbyt wiele wolnego czasu, więc nie bawię się w jakieś tam przecedzania i odławiania).



Pokroiłam pół cebuli, trzy ząbki czosnku. Przesmażyłam lekko, dorzuciłam liście. 3 minuty smażenia i dolałam wodę, nie za dużo, żeby całość była gęsta i treściwa. Gotuje się to szybko - może 15 minut. Na koniec dodałam sól i dużo pieprzu.
Podaje się botwinkę z jajkiem (jeśli ktoś jada), można zabielić śmietaną. Jest to pyszne. Przy jedzeniu botwinki ja się zachowuję jak Japończyk wpychający sobie do ust jakieś przeogromne porcje makaronu. Tak lubię. Prze-o-grom-nie. A przecież to prosta zupa jest. Od razu dodam, że kurdybanek uczynił z niej mistrzostwo świata i przestworzy kosmicznych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz