Jeden słoiczek czerwonej kwaśnej mikstury powędrował na półkę z przetworami. Reszta ozdobiła ciasto. Zwyczajne kruche - trochę masła, trochę oleju, mąka, może być pszenna jasna, może być razowa. To wszystko się zagniata i siup, do lodówki. Na godzinę-dwie. Potem wyścieła się tym ciastem tartową foremkę. Ogromnie to lubię, jest jak lepienie babek z piasku. I nakłuwanie, aż to utworzenia ciastowego dzieła sztuki. Regularnie - boki też, żeby podczas pieczenie z ciasta uszły gazy, a nie życie. W moim piekarniku (sprawnym inaczej) ciasto piecze się w prawie 200 stopniach przez 45 min do godziny. W normalnym w 180 stopniach wystarczy 25 min. Chyba że formę wylepimy bardzo grubo, wtedy ciut dłużej.
Potem krem - najprostszy, banalny. Żółtko z cukrem - ukręcić. Mąkę ziemniaczaną, łyżkę stołową - dosypać do kogla-mogla, rozrzedzić mlekiem. Mleko (jakieś 1,5 szklanki, może być sojowe) zagrzać. Masę jajeczno-mączną dodać do ciepłego mleka. Zamieszać, podgrzać razem do zgęstnienia. Uważać na grudki, nie są apetyczne. To wszystko.
Potem wyjąć ciasto i ostudzić. Wylać na nie ciepły krem, nałożyć na wierzch owoce - u mnie jak w poprzednim przepisie były to wiśnie, czereśnie, porzeczki i płatki dzikiej róży przesmażone razem z cukrem.
Na środku położyć listek - oregano, mięty, bazylii. I już to wszystko.
niedziela, 30 czerwca 2013
sobota, 29 czerwca 2013
Jam session
Jeśli ktoś zapyta mnie, jaki jest sekret dobrej kuchni, odpowiem bez namysłu: mieszanie smaków. Cały ten miks gorzkiego i słodkiego, słonego i słodkiego, ciepłego i zimnego pozwala bawić się w kuchni najlepiej. Truskawki są najlepsze z octem balsamiczny (który zresztą sam w sobie ma nieoczywisty cierpko-słodki smak), kwaśne ogórki smakują wybornie z trochę ostrym, a trochę słodkim sosem musztardowym, mango pokazuje swoje ciekawe oblicze w zderzeniu z ostrym smakiem w chutneyach i innych takich supermieszaninach. Jeśli cynamon, to tylko z chilli, które z kolei jest w komitywie z czekoladą. Ta przyjaźni się też z solą. Itede, itepe.
A ja szukam tych nieoczywistości w najbardziej nieoczywistym mieście kontastów - w Warszawie. Przemierzam opuszczone tereny tym razem w poszukiwaniu owoców - bo właśnie zaczął się sezon. To nie będą na pewno rumieniące się wielkie jabłka, w których nikt już nie mieszka. Żadne tam czereśnie jak bańki, tak purpurowe, jakby zawstydził je cały świat. Albo wiśnie - błyszczące, krzyczące: weź mnie, zjedz, wyssij cały sok! O nie, nic z tych rzeczy.
Wszystkie te drzewka są małe, skarłowaciałe. Rodzą niewiele owoców, wcale nie czerwonych jak krew, nieoblekających się w papieskie purpury. Żeby zerwać owoc, trzeba poza tym zmoczyć buty w trawie, oblepić się rzepami, potargać włosy o gałęzie.
Najpierw znalazłam kilka wiśniowych drzewek. Już dawno świat o nich zapomniał. Kto by się przejmował takimi małymi wisienkami, wykręcającymi twarz w paragraf? Ich owoce mają w sobie trochę słodyczy z dawnych lat, trochę goryczy, są też mocno kwaśne. Wyraźne - nadają się na pewno na chutney albo przełamanie supersłodkiego sernika. Wyobrażam sobie syrop z nich spływający po poduszkowej pavlowej. W ogóle beza z wiśniami i jakimś kremem to już chyba niebo. Tak, to musi być ono.
W sukurs przychodzi mi czereśnia. Słodsza, bardziej pożądana kuzynka swojej skwaśniałej siostry. Wyższa, bardziej niedostępna. Nie od razu poznaję, że to ona, bo owoce tego akurat drzewa są kremowe. Mają tylko lekki różowawy rumieniec. Nie wdzięczą się do mnie, chciałyby, żeby zostawiła je w spokoju. Ale gdzie tam. Brnę przez krzaczaste już podagryczniki, kępy dzikiej mięty, naginam gałęzie i rwę, ile wlezie.
Wychodzę z ledwie woreczkiem, może to jest kilo, może ciut więcej, owoców. Wpadają do niego jeszcze ostatnie płatki dzikiej róży.
A potem w domu mieszam i dryluję. Lubię wydłubywanie pestek z małych owoców. Działa uspokajająco, jeśli nie przesadzi się z ilością. No, więc jak ze wszystkim. Potem cukier trzcinowy. Dużo, jakieś pół szklanki. Płatki róż - dwie garście, posiekanych. I na koniec szklanka porzeczek. Wszystko do jednego wora. I znowu pachnie niemiłosiernie pięknie. Znowu dzikość zamykam w słoiczku. Czy ona przetrwa to zniewolenie do zimy? Hm...
A ja szukam tych nieoczywistości w najbardziej nieoczywistym mieście kontastów - w Warszawie. Przemierzam opuszczone tereny tym razem w poszukiwaniu owoców - bo właśnie zaczął się sezon. To nie będą na pewno rumieniące się wielkie jabłka, w których nikt już nie mieszka. Żadne tam czereśnie jak bańki, tak purpurowe, jakby zawstydził je cały świat. Albo wiśnie - błyszczące, krzyczące: weź mnie, zjedz, wyssij cały sok! O nie, nic z tych rzeczy.
Wszystkie te drzewka są małe, skarłowaciałe. Rodzą niewiele owoców, wcale nie czerwonych jak krew, nieoblekających się w papieskie purpury. Żeby zerwać owoc, trzeba poza tym zmoczyć buty w trawie, oblepić się rzepami, potargać włosy o gałęzie.
Najpierw znalazłam kilka wiśniowych drzewek. Już dawno świat o nich zapomniał. Kto by się przejmował takimi małymi wisienkami, wykręcającymi twarz w paragraf? Ich owoce mają w sobie trochę słodyczy z dawnych lat, trochę goryczy, są też mocno kwaśne. Wyraźne - nadają się na pewno na chutney albo przełamanie supersłodkiego sernika. Wyobrażam sobie syrop z nich spływający po poduszkowej pavlowej. W ogóle beza z wiśniami i jakimś kremem to już chyba niebo. Tak, to musi być ono.
W sukurs przychodzi mi czereśnia. Słodsza, bardziej pożądana kuzynka swojej skwaśniałej siostry. Wyższa, bardziej niedostępna. Nie od razu poznaję, że to ona, bo owoce tego akurat drzewa są kremowe. Mają tylko lekki różowawy rumieniec. Nie wdzięczą się do mnie, chciałyby, żeby zostawiła je w spokoju. Ale gdzie tam. Brnę przez krzaczaste już podagryczniki, kępy dzikiej mięty, naginam gałęzie i rwę, ile wlezie.
Wychodzę z ledwie woreczkiem, może to jest kilo, może ciut więcej, owoców. Wpadają do niego jeszcze ostatnie płatki dzikiej róży.
A potem w domu mieszam i dryluję. Lubię wydłubywanie pestek z małych owoców. Działa uspokajająco, jeśli nie przesadzi się z ilością. No, więc jak ze wszystkim. Potem cukier trzcinowy. Dużo, jakieś pół szklanki. Płatki róż - dwie garście, posiekanych. I na koniec szklanka porzeczek. Wszystko do jednego wora. I znowu pachnie niemiłosiernie pięknie. Znowu dzikość zamykam w słoiczku. Czy ona przetrwa to zniewolenie do zimy? Hm...
piątek, 14 czerwca 2013
Nie ma róży bez ognia
Mam pewną przypadłość, która ma bardzo długą nazwę: całoroczny alergiczny niespecyficzny nieżyt nosa. Fakt, nieżyt nie daje żyć, brak chusteczki w zanadrzu jest dla mnie koszmarem, który śni się po nocach. No i tym podobne marne przyjemności. Wpływa to na pewno na potrzebę wąchania bardzo, bardzo intensywnych zapachów. Jakieś piżma, jakieś ambry, jaśminy i właśnie... róże. Nie dość, że piękne, to jeszcze pachną tak, że ach i och. No więc wczoraj przyniosłam cały worek płatków. Pachniało w metrze, pachniało w tramwaju, pachniało w autobusie, pachnie w domu. Część nadal maceruje się z cytryną na syrop. Część została przerobiona natychmiast. Jako że sezon truskawkowy w pełni, postanowiłam połączyć te dwie słodycze - płatków dzikiej róży oraz truskawek - i jeszcze, o zgrozo, dodać do tego cukru. Siła ognia zrobiła swoje i powstała słodycz o przepięknym kolorze - trochę w tym fuksji, trochę krwistej czerwieni, trochę różowego różu. Pachnie przeobłędnie, smakuje super. Trzeba to połączyć z czymś, co się słodyczy domaga, np. jakimś serem? Wyobrażam sobie biały, ale zwarty, delikatny, na chrupiącej bagietce, maczanej w mojej letniej ambrozji. Tak, to jest to!
A w tle gotuje się ostatni już kwiat dzikiego bzu, tym razem uwarzony z kwiatami rumianku.
A w tle gotuje się ostatni już kwiat dzikiego bzu, tym razem uwarzony z kwiatami rumianku.
poniedziałek, 10 czerwca 2013
dwa proste pomysły na dziką marchew i dużo zdjęć
Koleżanka Miastożerczyni szaleje z kwiatami, a ja się skoncentrowałam maniakalnie na dzikiej marchwi. Wielki aromatyczny bukiet naci stał na parapecie w celach z założenia ozdobnych, ale okazał się tak szalenie aromatyczny, że, no, zjadłam go!
Dwa proste pomysły na pożarcie new dziczyzny i tego, co raczej wyrzucamy.
Pasta a la pesto z dziką marchwią i liśćmi rzodkiewki

Jak widać: potrzebny jest blender, cztery garście słonecznika - może być uprażony, ale nie musi, garść liści rzodkiewki, garść naci marchwi, ząbek czosnku, sól, oliwa. Wilgoć można pozyskać z wody lub z rzodkiewek. Dużo wody oznacza sos, mało wody oznacza pastę do chleba, pieczonych ziemniaków, naleśników.

Kopytka z kaszy i dzikiej marchwi
Dwie szklanki ulubionej kaszy. Ja wzięłam nie ulubioną, ale tę, której miałam najwięcej - gryczaną. Po ugotowaniu gorącą kaszę należy zmiksować i dodać do niej zieleninę. Opcjonalnie przyprawy. Następnie postępuje się tak jak z polentą, czyli rozsmarowuje okołocentymetrową warstwę uzyskanej ciapy na płaskiej powierzchni i pozwala jej stężeć.

Potem wystarczy już tylko ją pokroić w wybrane kształty. Można także użyć foremek do ciastek i wykrawać dzwonki, kwiaty oraz renifery. Ograniczenia: fantazja. I foremki.

Propozycję podania bym sobie darowała, ale wymyśliły ją moje własne dzieci, więc już się nie powstrzymuję i pokazuję. Kopytka, szparagi, sos pomidorowy z soczewicą, a na wszystko nie zasmażka, tylko prażony sezam z kapką oliwy.

I już. Nie ma w domu dzikiej marchwi, czas osiągnąć kolejny level.
Dwa proste pomysły na pożarcie new dziczyzny i tego, co raczej wyrzucamy.
Pasta a la pesto z dziką marchwią i liśćmi rzodkiewki

Jak widać: potrzebny jest blender, cztery garście słonecznika - może być uprażony, ale nie musi, garść liści rzodkiewki, garść naci marchwi, ząbek czosnku, sól, oliwa. Wilgoć można pozyskać z wody lub z rzodkiewek. Dużo wody oznacza sos, mało wody oznacza pastę do chleba, pieczonych ziemniaków, naleśników.

Kopytka z kaszy i dzikiej marchwi
Dwie szklanki ulubionej kaszy. Ja wzięłam nie ulubioną, ale tę, której miałam najwięcej - gryczaną. Po ugotowaniu gorącą kaszę należy zmiksować i dodać do niej zieleninę. Opcjonalnie przyprawy. Następnie postępuje się tak jak z polentą, czyli rozsmarowuje okołocentymetrową warstwę uzyskanej ciapy na płaskiej powierzchni i pozwala jej stężeć.

Potem wystarczy już tylko ją pokroić w wybrane kształty. Można także użyć foremek do ciastek i wykrawać dzwonki, kwiaty oraz renifery. Ograniczenia: fantazja. I foremki.

Propozycję podania bym sobie darowała, ale wymyśliły ją moje własne dzieci, więc już się nie powstrzymuję i pokazuję. Kopytka, szparagi, sos pomidorowy z soczewicą, a na wszystko nie zasmażka, tylko prażony sezam z kapką oliwy.

I już. Nie ma w domu dzikiej marchwi, czas osiągnąć kolejny level.
sobota, 8 czerwca 2013
Jem kwiatki
O kwiatkach już trochę było. Wszyscy się pytają, czy róża ta, czy może tamta jest lepsza. I takie tam. A tu niespodziewanie zapachniało jaśminowcem. Oczywiście od razu zaczęłam kombinować, co by tu można ugotować z tego urokliwego i jakże pięknie pachnącego kwiecia. Nie zerwałam dużo. Pomysł wpadł mi do głowy w domu. Jako że lubię wszelkie konfitury i różne tego typu zapachniacze do herbaty, postanowiłam ukucharzyć coś w tym stylu. Do malutkiego słoiczka albo dzbanuszka, na klimatyczny fajf, ze scone'em lub herbatnikiem do przegryzienia.
W małym garnuszku zrobiłam karmel. Nie jest to nic trudnego. Wsypałam trochę cukru trzcinowego do garnka i podgrzałam. Zaskowyczało, narobiło szumu. Zalałam wodą (niedużo), para buch i oto jest. Teraz kwiatki. Biedne trzęsły się, muszę przyznać, trochę przed zanurzeniem w słodkiej i gęstej cieczy. Bezlitośnie wrzuciłam białe kwiecie karmelowi na pożarcie. Teraz jak zwykle nadszedł czas na improwizację. Gdzieś tam zalegały u mnie dwie małe buteleczki Ballantines'a. Mały chlust poleciał więc do mikstury. I nic więcej. Zredukowało się to wszystko, rozpachniało, żeby na koniec zaromatyzować czarną herbatę. Niezłe!
Resztę zamknęłam w małym słoiczku na jakiś deszczowy dzień, których niestety, nie brakuje.
A M. na kolację pożarł miastożerczo omlet z kurdybankiem.
Zerwany na podwórku prze-cu-dow-nej kamienicy z międzywojnia. Na klatce strzeliłam sobie fotę stóp swych na tle gorsecików.
Ścianę od podwórka spowija tam dzikie wino, a ziemię wyścieła właśnie ten aromatyczny bluszczyk.
To tyle na dziś. Dobranoc!
W małym garnuszku zrobiłam karmel. Nie jest to nic trudnego. Wsypałam trochę cukru trzcinowego do garnka i podgrzałam. Zaskowyczało, narobiło szumu. Zalałam wodą (niedużo), para buch i oto jest. Teraz kwiatki. Biedne trzęsły się, muszę przyznać, trochę przed zanurzeniem w słodkiej i gęstej cieczy. Bezlitośnie wrzuciłam białe kwiecie karmelowi na pożarcie. Teraz jak zwykle nadszedł czas na improwizację. Gdzieś tam zalegały u mnie dwie małe buteleczki Ballantines'a. Mały chlust poleciał więc do mikstury. I nic więcej. Zredukowało się to wszystko, rozpachniało, żeby na koniec zaromatyzować czarną herbatę. Niezłe!
Resztę zamknęłam w małym słoiczku na jakiś deszczowy dzień, których niestety, nie brakuje.
A M. na kolację pożarł miastożerczo omlet z kurdybankiem.
Zerwany na podwórku prze-cu-dow-nej kamienicy z międzywojnia. Na klatce strzeliłam sobie fotę stóp swych na tle gorsecików.
Ścianę od podwórka spowija tam dzikie wino, a ziemię wyścieła właśnie ten aromatyczny bluszczyk.
To tyle na dziś. Dobranoc!
czwartek, 6 czerwca 2013
Anielsko-demoniczny bez
Dla mnie maj pachnie czarnym bzem. Mimo że już rozkwita czeremcha, owocowe drzewa białymi kwiatami dają obietnicę smacznych owoców, zawiązują się nieśmiało małe zielone pigwy, to właśnie jego odurzającym zapachem wibruje powietrze.
Rośnie wszędzie. Na wybrzeżu nad Wisłą, na opuszczonych działkach, nieużytkach, w podwórkach. Nie jest wybredny. W maju rozkwitają piękne wielkie baldachy. Ruszam wtedy na polowanie. Oby kwitł jak najdłużej. W Polsce dużo większą popularnością cieszy się przybysz z Turcji – bez lilak. Nie należy do tej samej rodziny co bohater naszego artykułu, za to pachnie równie pięknie i też można coś z niego przyrządzić. Ale o tym innym razem. Bez czarny jest bowiem dużo bardziej interesujący.

To roślina, która od wieków była uważana za demoniczną – siedlisko złych mocy. Wierzono, że na bzowym drzewie powiesił się Judasz, istniały też w kulturze ludowej przekazy, że był z niego zrobiony krzyż, na którym umarł Chrystus. Stąd wierzenia, że od palenia czarnym bzem w piecu robią się parchy na twarzy, na dom zostaną ściągnięte pioruny itede, itepe.
My jednak dziś będziemy raczej wyganiać złe moce z pomocą tej cudownej rośliny. Wielkie, pachnące baldachy zbieramy najlepiej do reklamówki. Wiem, to w ogóle nieekologiczne, ale dzięki temu w folii zatrzymamy dobroczynny pyłek, który łatwo opada szczególnie z lekko przekwitającego kwiatu. Bez to taka kwitnąca apteka, kwiaty zawierają flawonoidy i kwasy fenolowe, kwasy organiczne, sterole, olejki, garbniki, triterpeny i sole mineralne. Syrop, który za chwilę przyrządzimy, będzie więc działał przeciwutleniająco, przeciwzapalnie, napotnie i przeciwgorączkowo. No, cóż – zwyczajnie wygoni demony z ciała.
Zanim wybierzemy się na rwanie czarnego bzu, kupmy kilka cytryn. Ja bardzo lubię kwasowość przełamującą słodycz kwiatów, więc dodaję ich sporo – dwie albo trzy duże cytryny na miskę. Po powrocie z wyprawy wrzućmy do niej wszystkie baldachy, starannie przebierzmy, żeby za chwilę nie utopić niewinnego robaczka, i zalejmy ciepłą przegotowaną wodą, tak żeby wszystko pływało. Ja zazwyczaj zalewam ok. 30 sporych baldach 2 litrami wody. Do tego dodaję cukier, najlepiej trzcinowy. W ogóle nie przejmuję się proporcjami. Zazwyczaj wrzucam ok. 0,5 kg, ale to my decydujemy, czy chcemy otrzymać słodki i gęsty, lepki syrop, czy raczej orzeźwiający cytrynowym smakiem latem „poncz” ;). No i właśnie – teraz pozostaje wycisnąć na to wszystko cytryny – dwie albo nawet trzy – i razem ze skórkami wrzucić do mikstury. Można dodać prawdziwą wanilię, gwiazdkę anyżu, trochę miodu. Czekamy, aż wszystko wystygnie, i wstawiamy na noc do lodówki.
W międzyczasie upajamy się cytrynowo-bzowym zapachym przepełniającym każde pomieszczenie w domu. To mój ulubiony moment. Następnego dnia miksturę należy pogotować – od momentu zagotowania jakieś 20-30 minut na wolnym ogniu. Odcedzić i zapasteryzować. Moje słoiczki z bzowym naparem nigdy nie doczekały zimy. W tym roku zrobię ich chyba ze sto, bo zimowe szarości złoty napój jest zwyczajnie najlepszy.
Rośnie wszędzie. Na wybrzeżu nad Wisłą, na opuszczonych działkach, nieużytkach, w podwórkach. Nie jest wybredny. W maju rozkwitają piękne wielkie baldachy. Ruszam wtedy na polowanie. Oby kwitł jak najdłużej. W Polsce dużo większą popularnością cieszy się przybysz z Turcji – bez lilak. Nie należy do tej samej rodziny co bohater naszego artykułu, za to pachnie równie pięknie i też można coś z niego przyrządzić. Ale o tym innym razem. Bez czarny jest bowiem dużo bardziej interesujący.

To roślina, która od wieków była uważana za demoniczną – siedlisko złych mocy. Wierzono, że na bzowym drzewie powiesił się Judasz, istniały też w kulturze ludowej przekazy, że był z niego zrobiony krzyż, na którym umarł Chrystus. Stąd wierzenia, że od palenia czarnym bzem w piecu robią się parchy na twarzy, na dom zostaną ściągnięte pioruny itede, itepe.
My jednak dziś będziemy raczej wyganiać złe moce z pomocą tej cudownej rośliny. Wielkie, pachnące baldachy zbieramy najlepiej do reklamówki. Wiem, to w ogóle nieekologiczne, ale dzięki temu w folii zatrzymamy dobroczynny pyłek, który łatwo opada szczególnie z lekko przekwitającego kwiatu. Bez to taka kwitnąca apteka, kwiaty zawierają flawonoidy i kwasy fenolowe, kwasy organiczne, sterole, olejki, garbniki, triterpeny i sole mineralne. Syrop, który za chwilę przyrządzimy, będzie więc działał przeciwutleniająco, przeciwzapalnie, napotnie i przeciwgorączkowo. No, cóż – zwyczajnie wygoni demony z ciała.
Zanim wybierzemy się na rwanie czarnego bzu, kupmy kilka cytryn. Ja bardzo lubię kwasowość przełamującą słodycz kwiatów, więc dodaję ich sporo – dwie albo trzy duże cytryny na miskę. Po powrocie z wyprawy wrzućmy do niej wszystkie baldachy, starannie przebierzmy, żeby za chwilę nie utopić niewinnego robaczka, i zalejmy ciepłą przegotowaną wodą, tak żeby wszystko pływało. Ja zazwyczaj zalewam ok. 30 sporych baldach 2 litrami wody. Do tego dodaję cukier, najlepiej trzcinowy. W ogóle nie przejmuję się proporcjami. Zazwyczaj wrzucam ok. 0,5 kg, ale to my decydujemy, czy chcemy otrzymać słodki i gęsty, lepki syrop, czy raczej orzeźwiający cytrynowym smakiem latem „poncz” ;). No i właśnie – teraz pozostaje wycisnąć na to wszystko cytryny – dwie albo nawet trzy – i razem ze skórkami wrzucić do mikstury. Można dodać prawdziwą wanilię, gwiazdkę anyżu, trochę miodu. Czekamy, aż wszystko wystygnie, i wstawiamy na noc do lodówki.
W międzyczasie upajamy się cytrynowo-bzowym zapachym przepełniającym każde pomieszczenie w domu. To mój ulubiony moment. Następnego dnia miksturę należy pogotować – od momentu zagotowania jakieś 20-30 minut na wolnym ogniu. Odcedzić i zapasteryzować. Moje słoiczki z bzowym naparem nigdy nie doczekały zimy. W tym roku zrobię ich chyba ze sto, bo zimowe szarości złoty napój jest zwyczajnie najlepszy.
Herbatkę z czymś podać? Poproszę bez!
Bez czarny tak naprawdę jest biały. Kwiat jest biały. Kwitnie krótko, pod koniec maja i na początku czerwca, więc warto po drodze do domu chwycić ze dwa, trzy baldachy i wrzucić do dzbanka. Należy to zrobić w suchy dzień, gdy pyłek trzyma się kwiatuszków.
Dzbanek uzupełnia się plasterkami cytryny oraz substancją słodzącą, którą się lubi, np. syropem z agawy, miodem, ksylitolem, pełna dowolność. Gdy ostygnie i nie parzy, można sączyć i estetyką naparu zachwycać gości oraz domowników. Po wysączeniu koniecznie zalać jeszcze raz i korzystać z jeszcze mocniejszego aromatu.
Napój ten ma również właściwości lecznicze. Jest pomocny przy kaszlu, gorączce, a nawet zapaleniu oskrzeli. Kwiaty bzu wchodzą w skłąd mieszanek ziołowych stosowanych przy zaparciach. Działają napotnie, moczopędnie - wspomagają oczyszczanie organizmu.
Dzbanek uzupełnia się plasterkami cytryny oraz substancją słodzącą, którą się lubi, np. syropem z agawy, miodem, ksylitolem, pełna dowolność. Gdy ostygnie i nie parzy, można sączyć i estetyką naparu zachwycać gości oraz domowników. Po wysączeniu koniecznie zalać jeszcze raz i korzystać z jeszcze mocniejszego aromatu.
Napój ten ma również właściwości lecznicze. Jest pomocny przy kaszlu, gorączce, a nawet zapaleniu oskrzeli. Kwiaty bzu wchodzą w skłąd mieszanek ziołowych stosowanych przy zaparciach. Działają napotnie, moczopędnie - wspomagają oczyszczanie organizmu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
