wtorek, 27 maja 2014

Brak słów o maku i ślimaku

Dzisiaj widoczki. Dostałam sążnisty i słuszny ochrzan od wspólniczki, że jestem gnuśna, znikam i w ogóle weź chodź pojedźmy na jakiś szaber i napisz w końcu coś. Z dziką przyjemnością. Tyle że to wpis niemal bez słów. Nie wiem, czy się liczy, więc na wszelki wypadek zapełniam zanadrze. Ale o tym dalej.

Więc, nie zaczyna się zdania od więc, zatem dziś nie napiszę ani słowa o czosnaczku ani o bluszczyku kurdybanku. Załączam fotkę porównawczą listków. Pięknie wyglądają obok siebie, świetnie razem smakują. Miało być na bloga, ale wsadziłam cały dzisiejszy zbiór do wczorajszego makaronu i nagle wszystko przestało istnieć. Zostały tylko foty...



Wczesnym rankiem pod czosnaczkiem widniał ślimak ze ślimaczkiem.

Bluszczyk zakwitł kwiateczkiem i zawisł swobodnie dzwoneczkiem.

Komosa strzałkowa biedronkę w sobie chowa.

Po lewej skrzypi skrzyp, po prawej lepi lepidendron - tak to było? ;) O skrzypie też nie będzie ANI SŁOWA!


Będzie za to trochę o kwiatkach, o płatkach. Ale mało, bo to jest JPG-wpis.
Będzie lista zakupów, którą skandowała moja córka w rytm ruchu pedałów w drodze do sklepu. Skandowała "Płatki, wódka, cukier, cytrusy!", a ja starałam się słyszeć "kawałek kiełbasy dobrze obsuszonej" ;) To przerwa na reklamę jednego z następnych wpisów. Będzie o tym, co tutaj:

A oto geneza, druga przyczyna tej powyższej brei, widok nieziemski, tak się dzisiaj komponowały, niestety Ona odeszła... Maki zresztą też.

Tam dzisiaj były meszki, komary, gzy, tygrysy, krwiożercze bestie i chciałoby się napisać, że nie było różowo, ale, no właśnie - było różowo...



Rezultat zalągł się na stole na krótką chwilę:

Ponieważ przeszedł szybką metamorfozę. Metamorfotyzował.


Metamorfotyzowanie płatków polega na przelaniu wrzątkiem (milisekunda!), roztarciu z cukrem i pożarciu. Dzisiaj z truskawkami. NAJLEPIEJ!

niedziela, 18 maja 2014

A masz z liścia!

A bierzcie je, zrywajcie, jedzcie! Liście i listeczki, okrągłe, poszarpane, ciemno- i jasnozielone. Cieszcie się nimi i dodawajcie do wszystkiego.
Tym razem było to tak. W lodówce umierały sobie powoli młode buraczki, a na łące rosło mnóstwo młodych, pachnących liści. Postanowiłam wskrzesić lodówkowe zombi siłą wiosennej zieleni. Narwałam mnóstwo kurdybanku i komosy białej. Ależ pięknie wyglądały w bukiecie.

Umyłam, posiekałam. Dzikie rośliny i buraczki - razem z liśćmi, rzecz jasna. (Mojej babci np. przeszkadzały posiekane liście w zupie i je pracowicie przecedzała, ja jestem liściolubna i nie mam zbyt wiele wolnego czasu, więc nie bawię się w jakieś tam przecedzania i odławiania).



Pokroiłam pół cebuli, trzy ząbki czosnku. Przesmażyłam lekko, dorzuciłam liście. 3 minuty smażenia i dolałam wodę, nie za dużo, żeby całość była gęsta i treściwa. Gotuje się to szybko - może 15 minut. Na koniec dodałam sól i dużo pieprzu.
Podaje się botwinkę z jajkiem (jeśli ktoś jada), można zabielić śmietaną. Jest to pyszne. Przy jedzeniu botwinki ja się zachowuję jak Japończyk wpychający sobie do ust jakieś przeogromne porcje makaronu. Tak lubię. Prze-o-grom-nie. A przecież to prosta zupa jest. Od razu dodam, że kurdybanek uczynił z niej mistrzostwo świata i przestworzy kosmicznych.

poniedziałek, 12 maja 2014

Na czasie

Gdzieś pomiędzy grą we frisbee a pisaniem jest czas na wąchanie liści, łamanie w palcach gałązek, sprawdzanie soczystości łodyżek. Już prawie wszystkie lipy mają liście wielgachne jak parasole, ale na niektórych można jeszcze znaleźć te najlepsze do sałatek i kiszenia - cieniutkie, małe i jasnozielone. Zrywam je, a potem słodkie i chrupiące młode liście funkii. Tak z inspiracji grupą super-women z tej strony. Wielkie, wielkie dzięki!
Do liściowej trupy dołączają jeszcze lekko kapuściane listki babki lancetowatej.



Posiekałam je wszystkie, doprawiłam solą i pieprzem, i jeszcze najlepszym olejem rzepakowym. Dodałam pomidory, które w tym roku już nawet teraz są tak dobre, że z bólem będziemy je żegnać jesienią. I jeszcze szparagi, jak co roku najdoskonalsze te od Majlertów. Tak dobre, że pół paczki zjadam w drodze do domu. Posypka z podprażonego sezamu wieńczy dzieło. Można tę kolorową doskonałość zjeść solo albo w towarzystwie kaszy, albo np. z jajkiem lub podsmażonym zamarynowanym z sosie tamari tofu.
W tle jakże dekoracyjny i jakże uporczywy chwast - skrzyp. Ktoś już go odkrył do celów florystycznych?


niedziela, 4 maja 2014

Budzimy się na wiosnę

Budzimy się w maju z nowymi pomysłami i... 1000 roślin jadalnych! Mamy zaszczyt współtworzyć tę stronę. Kisimy więc pokrzywę i liście brzozy, konserwujemy kwiaty w winnym occie i jak poleca genialna Inez, zajadamy się pędami sosny w czekoladzie. Dziki szał!

Ta wiosna jest wyjątkowa. Zima była krótka i dość ciepła, mamy więc obfitość absolutnie wszystkiego. Wiosną piękną zielenią bucha pokrzywa, królowa chwastów. Warto się nad nią pochylić szczególnie w maju, kiedy rośnie wszędzie, jest jej dużo, jest pyszna, zdrowa, och i ach. Dlatego dziś superprosty, klasyczny przepis na tartę z pokrzywy. Moja tarta jest na kruchym cieście, na które przepisu chyba podawać nie trzeba, bo to banał nad banały - margaryna do pieczenia albo masło, odrobina soli, mąka. Dziękuję :) (Jeśli nie macie czasu, użyjcie gotowego ciasta fracuskiego albo bossskiego filo).
Pokrzywę dokładnie umyłam, przelałam gorącą wodą (nie wrzątkiem) i pokroiłam, ale nie za drobno, bo papki działają na mnie odstraszająco. Usmażyłam czosnek i cebulkę, na to wrzuciłam pokrzywę i wszystko razem poddusiłam.



Końcówkę cebuli wkładam do szklanki z wodą. Puści korzonki, będzie ją można wsadzić do ziemi i zajadać potem szczypiorek.


Potem trzeba już tylko dodać śmietanę, nie żałować. I parmezan - również duuuużo. Sól, pieprz, tymianek, bazylia, co chcecie. Zupełnie szałową kompozycję stworzą w tym nadzieniu suszone pomidory, kapary, karczochy oraz inne tego typu cudowności. Kombinujcie i mieszajcie smaki.
Nie powiem wam, ile powinno się piec taką tartę i w jakiej temperaturze, bo mój piekarnik najadł się szaleju dawno temu i trudno pojąć, o co mu chodzi.

Et voila!


PS Wiecie, dlaczego pokrzywa jest wyposażona w parzydełka? Właśnie dlatego, że jest majową królową zdrowia. Gdyby nie broniła się w ten sposób, wszyscy chrupaliby ją ze smakiem. A my nie moglibyśmy się nią już cieszyć na naszych stołach. Ufff, na szczęście mamy przewagę - rękawiczki, do ataku!!!

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Grudzień na zielono


Cisza jak makiem zasiał u nas. Pracujemy, chodzimy mniej, ale ciągle obserwujemy, czy coś tam nie rośnie. Cieszy nas to, że wciąż spotykamy ludzi, którym podoba się to, co robimy. Wyciągamy ich czasem na te działki, w te błota, w krzaczory i inne takie. Jakim zaskoczeniem jest to, że grudzień, końcówka, i żadne tam po grudzie i przez śniegi, tylko przez zieleń brniemy. Przez młode pędy, przez maleńkie zioła. Aż żal nie zerwać.
Owocem takiej ostatniej wyprawy (zrealizowanej w celu obfotografowania naszych facjat i odnóży do pewnego bardzo ważnego pisma - będą szczegóły, nie martwcie się) była garść jagód jałowca, siateczka owoców dzikiej róży, kilka jabłek (tak, naprawdę, w grudniu są jabłka), kępka delikatnej gwiazdnicy i wcale nie takiej delikatnej, zawadiackiej przytulii.
Gwiazdnicy została pożarta w formie sałatki - pysznej! A robi się ją tak:
Obierz kilka buraczków (my mamy takie przesłodkie, niewielkie, nabyte drogą koooperatywną), upiecz je.
Zalej, nie żałując, octem balsamicznym i dobrą oliwą (ocet też ma być niczego sobie). Wstaw do lodówki na noc (teraz to się wszystko tak fajnie maceruje, a słodkość miesza się z nieoczywistą cierpkością; jest aksamitne i, ach, pyszne!).
Popieprz (dużo) i posól (niewiele). Posiekaj gwiazdnicę. Wymieszaj z buraczkami (teraz możesz dodać łyżkę musztardy, ale nie trzeba, musi za dobra być najlepsza, my miałyśmy taką z sherry). Posyp prażonymi pestkami dyni - nie tylko dlatego, że wygląda to najpiękniej.
Gwiazdnica w uszatym ajfonie

A co z przytulią? Przytulię trzeba ususzyć dobrze i nie przejmować się tym, że będzie pachnieć dzikim trawskiem, bo smakować będzie - o niebo! - lepiej. Potem zagotować gęsty syrop cukrowy (użyłam cukru trzcinowego), tak mniej więcej szklanka cukru na szklankę wody (ulepek wyjdzie, tak ma być). Zalać tym zielsko i dodać flaszeczkę wódki (taką małą dodałam na te proporcje szklanka/szklanka). Odczekać, aż uzyska bogaty aromat i będzie dawać efekt dotknięcia aksamitu na języku. Miły młody człowiek (mój brat) zasugerował dodanie do mikstury gałązki dębu i kilka anyżkowych gwiazdek. Trop jest dobry!

Zdjęcia zrobił Piotrek Kała: http://wawago.blox.pl/html; http://www.piotrkala.pl/

Przytulia

środa, 25 września 2013

spontaniczne wykopki

Czasem nadchodzi taki dzień, że się wyjmuje mózg i pragnie pojeździć na rowerze. Daleko, za jesienią, w szaliku, czapce, z dłońmi owiniętymi puchatymi mitenkami. No i jak już się wyegzaltuje smutki, schodzi się z pojazdu i wpina w rzeczywistość. Ja weszłam w szkodę. W połać bluszczyku kurdybanku w stołecznym parku.


Jednym ze starszych parków, monumentalniejszych, a jednocześnie chyba najbardziej bezpretensjonalnym, zapraszającym. Skaryszewskim. Wyjęłam z uszu słuchawki i zaczęłam słuchać dywanu ziół. Bo ten park tak ma, że szepce, kusi, uwodzi, a jak ktoś nie reaguje, to woła. Jak nie szumem liści, to wiewiórkę wysyła, by się wspięła po szprychach na błotnik i ta pluszowa małpka robi fikołka na lince hamulcowej i prowokuje. Gdy wykonała już swoje ewolucje w liczbie ziben tauzen, odprowadziłam ją wzrokiem. W bluszczyk właśnie.


Wówczas jeszcze byłam pewna, że zrobię wpis o tych małych gruszeczkach z Zielenieckiej i o syropie ze stokrotek, o którym ucięłam sobie pogawędkę z przechodzącą panią. Która się nie bała, po prostu przyszła i spytała, na grzyba mi te kwiatki. A tu nie na grzyba, tylko na syrop. Jesień jest, glut się piekli, wszyscy jesteśmy oranglutanami.

Lecz zdarzyło się inaczej. Gruszeczki obfociłam, spróbowałam raz, powtórzyłam degustację jeszcze siedemnaście razy, wszystko wyplułam, przepłukałam usta najlepszą kawą w mieście, senegalską z Saskiej Kępy. I pojechałam do szkoły po dzieci. Miał być ryż z gruszkami, ale trudno, coś kupimy. A te makolągwy znów wpadły na pomysł. Jedna na jutro ma przynieść jesienne warzywo. Druga natychmiast: to chodźmy wyrwać topinambur. To poszłyśmy.


Nie byłam przekonana, że to już. Wtem! Topinambur zaskoczył. Chyba widać?
Słonecznik bulwiasty. Wielkie krzuny obsypane małymi słoneczniczkami, które w korzeniach produkują bulwy. Coś jakby ziemniak, ale jakby orzech. Smak nieprawdopodobny. Na surowo rześkie orzechopodobne, po ugotowaniu dynio- i orzechopodobne, usmażone też słodkie i orzechopodobne. Słonecznik o fizjonomii ziemniaka i smaku orzecha. I to made in Poland.


Działałyśmy szybko, więc duszenio-smażenie. Z czym? Z bluszczykiem kurdybankiem, jacha oczywicha. Przypadkiem wyszło miastożercze combo z modnych substratów. Bluszczyk kurdybanek święci triumfy na Powiślu, nie ma to jak zjeść lancz z bluszczykiem. Topinambur dowożony jest do miasta spod miasta przez rozchwytywanych ekorolników. I słusznie. Bo lokalny, sezonowy, smaczny, osobliwy. Zawsze taki temat-haczyk w Interregio. Nie wiesz, co masz powiedzieć do współpasażerów? Spytaj o topinambur. A teraz smacznego. Ponieważ zostało całkiem trochę na śmiadanie.


PS A Helena do szkoły wzięła marchewkę.

poniedziałek, 23 września 2013

Klapsy, konferencje, lukasówki

Zapytano nas, co króluje we wrześniu. Koronę miesiąca śliwki węgierki oddały w tym miesiącu gruszki. Klapsy, konferencje, lukasówki. Same stare odmiany. Klapsy - miękkie, słodkie, rumiane, rozpadające się już właściwie zaraz po zebraniu. Konferencje - twarde, słodkie, dające się pożreć w całości. Zielone, z brązową koszulką w szerszej części. Moje ulubione - pyyyyyszne! I lukasówki. Stara odmiana żółtych gruszek w brązowe piegi. Słodkich, miękkich, ale nie rozpadających się tak jak klapsy. Teraz jest właśnie sezon na tę odmianę. W Warszawie znalazłyśmy już kilka drzewek. Drzewko na opuszczonych działkach urodziło kilka dorodnych gruszek słusznej wielkości. Większość jednak zmienił czas, gruszkowe reumatyzmy powyginały owoce w różne dziwaczne kształty. Nie znaczy to jednak, że gruszki są mniej smaczne!
Drzewko w zupełnie innym miejscu na lewym brzegu Wisły, niby w środku cywilizacji, a jednak dzikim, rodzi mnóstwo pełnowartościowych pięknych owoców. Leżały dwa dni w torbie i z około 30 owoców odeszły do gruszkowego raju jedynie dwa. Jest całkiem nieźle jak na takie miękkie owoce. Tym bardziej że nie zerwałam żadnego. Uprawiając niezamierzony frutarianizm, zebrałam tylko to, co leżało na ziemi.
Co z nich powstało? Część usmażyłam z cynamonem i imbirem. Uprażyłam mój ulubiony ryż basmati, dodałam gruszki. Zalałam wodą (niewiele) i mlekiem kokosowym (dużo), dodałam jeszcze dwie łyżki brązowego cukru. I to wszystko. Postawiłam to wszystko na małym ogniu i czekałam, aż ryż zrobi się sypki i puszysty, a gruszki przekażą mu całą swoją słodycz. Tak samo można przyrządzić kaszę jaglaną, kaszę mannę (tylko tutaj prażenie jest niepotrzebne), kuskus. Właściwie wszystko, co przyjdzie nam do głowy.
Druga część gruszek została wykorzystana do kulinarnego recyklingu. Nie lubię wyrzucać jedzenia.  Wyschnięte na wiór ciasto drożdżowe było więc dla mnie wyrzutem sumienia. Z taką dobrą drożdżówką nic się nie dzieje - nie pleśnieje, nie psuje się, tylko tak sobie spokojnie zasycha w papierowej torebce. I tak się stało u mnie. Pokroiłam ciasto na cienkie kromki. Wyłożyłam nimi spód foremki. Nałożyłam na nie warstwę gruszek przesmażonych z różnymi dobrymi przyprawami (kardamonem, cynamonem, imbirem, ale można dodać też np. wanilię - będzie pysznie na pewno). Potem znów kromki, warstwa gruszek i kromki drożdżówki na koniec. Wszystko to zalałam mieszanką mleka sojowego z rozbełtanym jajkiem. I już. Całość idzie na jakieś 20 min do piekarnika rozgrzanego do 180 st. Zapieka się pysznie w pudding z chrupiącą skórką wierzchu.