Mam pewną przypadłość, która ma bardzo długą nazwę: całoroczny alergiczny niespecyficzny nieżyt nosa. Fakt, nieżyt nie daje żyć, brak chusteczki w zanadrzu jest dla mnie koszmarem, który śni się po nocach. No i tym podobne marne przyjemności. Wpływa to na pewno na potrzebę wąchania bardzo, bardzo intensywnych zapachów. Jakieś piżma, jakieś ambry, jaśminy i właśnie... róże. Nie dość, że piękne, to jeszcze pachną tak, że ach i och. No więc wczoraj przyniosłam cały worek płatków. Pachniało w metrze, pachniało w tramwaju, pachniało w autobusie, pachnie w domu. Część nadal maceruje się z cytryną na syrop. Część została przerobiona natychmiast. Jako że sezon truskawkowy w pełni, postanowiłam połączyć te dwie słodycze - płatków dzikiej róży oraz truskawek - i jeszcze, o zgrozo, dodać do tego cukru. Siła ognia zrobiła swoje i powstała słodycz o przepięknym kolorze - trochę w tym fuksji, trochę krwistej czerwieni, trochę różowego różu. Pachnie przeobłędnie, smakuje super. Trzeba to połączyć z czymś, co się słodyczy domaga, np. jakimś serem? Wyobrażam sobie biały, ale zwarty, delikatny, na chrupiącej bagietce, maczanej w mojej letniej ambrozji. Tak, to jest to!
A w tle gotuje się ostatni już kwiat dzikiego bzu, tym razem uwarzony z kwiatami rumianku.
piątek, 14 czerwca 2013
poniedziałek, 10 czerwca 2013
dwa proste pomysły na dziką marchew i dużo zdjęć
Koleżanka Miastożerczyni szaleje z kwiatami, a ja się skoncentrowałam maniakalnie na dzikiej marchwi. Wielki aromatyczny bukiet naci stał na parapecie w celach z założenia ozdobnych, ale okazał się tak szalenie aromatyczny, że, no, zjadłam go!
Dwa proste pomysły na pożarcie new dziczyzny i tego, co raczej wyrzucamy.
Pasta a la pesto z dziką marchwią i liśćmi rzodkiewki

Jak widać: potrzebny jest blender, cztery garście słonecznika - może być uprażony, ale nie musi, garść liści rzodkiewki, garść naci marchwi, ząbek czosnku, sól, oliwa. Wilgoć można pozyskać z wody lub z rzodkiewek. Dużo wody oznacza sos, mało wody oznacza pastę do chleba, pieczonych ziemniaków, naleśników.

Kopytka z kaszy i dzikiej marchwi
Dwie szklanki ulubionej kaszy. Ja wzięłam nie ulubioną, ale tę, której miałam najwięcej - gryczaną. Po ugotowaniu gorącą kaszę należy zmiksować i dodać do niej zieleninę. Opcjonalnie przyprawy. Następnie postępuje się tak jak z polentą, czyli rozsmarowuje okołocentymetrową warstwę uzyskanej ciapy na płaskiej powierzchni i pozwala jej stężeć.

Potem wystarczy już tylko ją pokroić w wybrane kształty. Można także użyć foremek do ciastek i wykrawać dzwonki, kwiaty oraz renifery. Ograniczenia: fantazja. I foremki.

Propozycję podania bym sobie darowała, ale wymyśliły ją moje własne dzieci, więc już się nie powstrzymuję i pokazuję. Kopytka, szparagi, sos pomidorowy z soczewicą, a na wszystko nie zasmażka, tylko prażony sezam z kapką oliwy.

I już. Nie ma w domu dzikiej marchwi, czas osiągnąć kolejny level.
Dwa proste pomysły na pożarcie new dziczyzny i tego, co raczej wyrzucamy.
Pasta a la pesto z dziką marchwią i liśćmi rzodkiewki

Jak widać: potrzebny jest blender, cztery garście słonecznika - może być uprażony, ale nie musi, garść liści rzodkiewki, garść naci marchwi, ząbek czosnku, sól, oliwa. Wilgoć można pozyskać z wody lub z rzodkiewek. Dużo wody oznacza sos, mało wody oznacza pastę do chleba, pieczonych ziemniaków, naleśników.

Kopytka z kaszy i dzikiej marchwi
Dwie szklanki ulubionej kaszy. Ja wzięłam nie ulubioną, ale tę, której miałam najwięcej - gryczaną. Po ugotowaniu gorącą kaszę należy zmiksować i dodać do niej zieleninę. Opcjonalnie przyprawy. Następnie postępuje się tak jak z polentą, czyli rozsmarowuje okołocentymetrową warstwę uzyskanej ciapy na płaskiej powierzchni i pozwala jej stężeć.

Potem wystarczy już tylko ją pokroić w wybrane kształty. Można także użyć foremek do ciastek i wykrawać dzwonki, kwiaty oraz renifery. Ograniczenia: fantazja. I foremki.

Propozycję podania bym sobie darowała, ale wymyśliły ją moje własne dzieci, więc już się nie powstrzymuję i pokazuję. Kopytka, szparagi, sos pomidorowy z soczewicą, a na wszystko nie zasmażka, tylko prażony sezam z kapką oliwy.

I już. Nie ma w domu dzikiej marchwi, czas osiągnąć kolejny level.
sobota, 8 czerwca 2013
Jem kwiatki
O kwiatkach już trochę było. Wszyscy się pytają, czy róża ta, czy może tamta jest lepsza. I takie tam. A tu niespodziewanie zapachniało jaśminowcem. Oczywiście od razu zaczęłam kombinować, co by tu można ugotować z tego urokliwego i jakże pięknie pachnącego kwiecia. Nie zerwałam dużo. Pomysł wpadł mi do głowy w domu. Jako że lubię wszelkie konfitury i różne tego typu zapachniacze do herbaty, postanowiłam ukucharzyć coś w tym stylu. Do malutkiego słoiczka albo dzbanuszka, na klimatyczny fajf, ze scone'em lub herbatnikiem do przegryzienia.
W małym garnuszku zrobiłam karmel. Nie jest to nic trudnego. Wsypałam trochę cukru trzcinowego do garnka i podgrzałam. Zaskowyczało, narobiło szumu. Zalałam wodą (niedużo), para buch i oto jest. Teraz kwiatki. Biedne trzęsły się, muszę przyznać, trochę przed zanurzeniem w słodkiej i gęstej cieczy. Bezlitośnie wrzuciłam białe kwiecie karmelowi na pożarcie. Teraz jak zwykle nadszedł czas na improwizację. Gdzieś tam zalegały u mnie dwie małe buteleczki Ballantines'a. Mały chlust poleciał więc do mikstury. I nic więcej. Zredukowało się to wszystko, rozpachniało, żeby na koniec zaromatyzować czarną herbatę. Niezłe!
Resztę zamknęłam w małym słoiczku na jakiś deszczowy dzień, których niestety, nie brakuje.
A M. na kolację pożarł miastożerczo omlet z kurdybankiem.
Zerwany na podwórku prze-cu-dow-nej kamienicy z międzywojnia. Na klatce strzeliłam sobie fotę stóp swych na tle gorsecików.
Ścianę od podwórka spowija tam dzikie wino, a ziemię wyścieła właśnie ten aromatyczny bluszczyk.
To tyle na dziś. Dobranoc!
W małym garnuszku zrobiłam karmel. Nie jest to nic trudnego. Wsypałam trochę cukru trzcinowego do garnka i podgrzałam. Zaskowyczało, narobiło szumu. Zalałam wodą (niedużo), para buch i oto jest. Teraz kwiatki. Biedne trzęsły się, muszę przyznać, trochę przed zanurzeniem w słodkiej i gęstej cieczy. Bezlitośnie wrzuciłam białe kwiecie karmelowi na pożarcie. Teraz jak zwykle nadszedł czas na improwizację. Gdzieś tam zalegały u mnie dwie małe buteleczki Ballantines'a. Mały chlust poleciał więc do mikstury. I nic więcej. Zredukowało się to wszystko, rozpachniało, żeby na koniec zaromatyzować czarną herbatę. Niezłe!
Resztę zamknęłam w małym słoiczku na jakiś deszczowy dzień, których niestety, nie brakuje.
A M. na kolację pożarł miastożerczo omlet z kurdybankiem.
Zerwany na podwórku prze-cu-dow-nej kamienicy z międzywojnia. Na klatce strzeliłam sobie fotę stóp swych na tle gorsecików.
Ścianę od podwórka spowija tam dzikie wino, a ziemię wyścieła właśnie ten aromatyczny bluszczyk.
To tyle na dziś. Dobranoc!
czwartek, 6 czerwca 2013
Anielsko-demoniczny bez
Dla mnie maj pachnie czarnym bzem. Mimo że już rozkwita czeremcha, owocowe drzewa białymi kwiatami dają obietnicę smacznych owoców, zawiązują się nieśmiało małe zielone pigwy, to właśnie jego odurzającym zapachem wibruje powietrze.
Rośnie wszędzie. Na wybrzeżu nad Wisłą, na opuszczonych działkach, nieużytkach, w podwórkach. Nie jest wybredny. W maju rozkwitają piękne wielkie baldachy. Ruszam wtedy na polowanie. Oby kwitł jak najdłużej. W Polsce dużo większą popularnością cieszy się przybysz z Turcji – bez lilak. Nie należy do tej samej rodziny co bohater naszego artykułu, za to pachnie równie pięknie i też można coś z niego przyrządzić. Ale o tym innym razem. Bez czarny jest bowiem dużo bardziej interesujący.

To roślina, która od wieków była uważana za demoniczną – siedlisko złych mocy. Wierzono, że na bzowym drzewie powiesił się Judasz, istniały też w kulturze ludowej przekazy, że był z niego zrobiony krzyż, na którym umarł Chrystus. Stąd wierzenia, że od palenia czarnym bzem w piecu robią się parchy na twarzy, na dom zostaną ściągnięte pioruny itede, itepe.
My jednak dziś będziemy raczej wyganiać złe moce z pomocą tej cudownej rośliny. Wielkie, pachnące baldachy zbieramy najlepiej do reklamówki. Wiem, to w ogóle nieekologiczne, ale dzięki temu w folii zatrzymamy dobroczynny pyłek, który łatwo opada szczególnie z lekko przekwitającego kwiatu. Bez to taka kwitnąca apteka, kwiaty zawierają flawonoidy i kwasy fenolowe, kwasy organiczne, sterole, olejki, garbniki, triterpeny i sole mineralne. Syrop, który za chwilę przyrządzimy, będzie więc działał przeciwutleniająco, przeciwzapalnie, napotnie i przeciwgorączkowo. No, cóż – zwyczajnie wygoni demony z ciała.
Zanim wybierzemy się na rwanie czarnego bzu, kupmy kilka cytryn. Ja bardzo lubię kwasowość przełamującą słodycz kwiatów, więc dodaję ich sporo – dwie albo trzy duże cytryny na miskę. Po powrocie z wyprawy wrzućmy do niej wszystkie baldachy, starannie przebierzmy, żeby za chwilę nie utopić niewinnego robaczka, i zalejmy ciepłą przegotowaną wodą, tak żeby wszystko pływało. Ja zazwyczaj zalewam ok. 30 sporych baldach 2 litrami wody. Do tego dodaję cukier, najlepiej trzcinowy. W ogóle nie przejmuję się proporcjami. Zazwyczaj wrzucam ok. 0,5 kg, ale to my decydujemy, czy chcemy otrzymać słodki i gęsty, lepki syrop, czy raczej orzeźwiający cytrynowym smakiem latem „poncz” ;). No i właśnie – teraz pozostaje wycisnąć na to wszystko cytryny – dwie albo nawet trzy – i razem ze skórkami wrzucić do mikstury. Można dodać prawdziwą wanilię, gwiazdkę anyżu, trochę miodu. Czekamy, aż wszystko wystygnie, i wstawiamy na noc do lodówki.
W międzyczasie upajamy się cytrynowo-bzowym zapachym przepełniającym każde pomieszczenie w domu. To mój ulubiony moment. Następnego dnia miksturę należy pogotować – od momentu zagotowania jakieś 20-30 minut na wolnym ogniu. Odcedzić i zapasteryzować. Moje słoiczki z bzowym naparem nigdy nie doczekały zimy. W tym roku zrobię ich chyba ze sto, bo zimowe szarości złoty napój jest zwyczajnie najlepszy.
Rośnie wszędzie. Na wybrzeżu nad Wisłą, na opuszczonych działkach, nieużytkach, w podwórkach. Nie jest wybredny. W maju rozkwitają piękne wielkie baldachy. Ruszam wtedy na polowanie. Oby kwitł jak najdłużej. W Polsce dużo większą popularnością cieszy się przybysz z Turcji – bez lilak. Nie należy do tej samej rodziny co bohater naszego artykułu, za to pachnie równie pięknie i też można coś z niego przyrządzić. Ale o tym innym razem. Bez czarny jest bowiem dużo bardziej interesujący.

To roślina, która od wieków była uważana za demoniczną – siedlisko złych mocy. Wierzono, że na bzowym drzewie powiesił się Judasz, istniały też w kulturze ludowej przekazy, że był z niego zrobiony krzyż, na którym umarł Chrystus. Stąd wierzenia, że od palenia czarnym bzem w piecu robią się parchy na twarzy, na dom zostaną ściągnięte pioruny itede, itepe.
My jednak dziś będziemy raczej wyganiać złe moce z pomocą tej cudownej rośliny. Wielkie, pachnące baldachy zbieramy najlepiej do reklamówki. Wiem, to w ogóle nieekologiczne, ale dzięki temu w folii zatrzymamy dobroczynny pyłek, który łatwo opada szczególnie z lekko przekwitającego kwiatu. Bez to taka kwitnąca apteka, kwiaty zawierają flawonoidy i kwasy fenolowe, kwasy organiczne, sterole, olejki, garbniki, triterpeny i sole mineralne. Syrop, który za chwilę przyrządzimy, będzie więc działał przeciwutleniająco, przeciwzapalnie, napotnie i przeciwgorączkowo. No, cóż – zwyczajnie wygoni demony z ciała.
Zanim wybierzemy się na rwanie czarnego bzu, kupmy kilka cytryn. Ja bardzo lubię kwasowość przełamującą słodycz kwiatów, więc dodaję ich sporo – dwie albo trzy duże cytryny na miskę. Po powrocie z wyprawy wrzućmy do niej wszystkie baldachy, starannie przebierzmy, żeby za chwilę nie utopić niewinnego robaczka, i zalejmy ciepłą przegotowaną wodą, tak żeby wszystko pływało. Ja zazwyczaj zalewam ok. 30 sporych baldach 2 litrami wody. Do tego dodaję cukier, najlepiej trzcinowy. W ogóle nie przejmuję się proporcjami. Zazwyczaj wrzucam ok. 0,5 kg, ale to my decydujemy, czy chcemy otrzymać słodki i gęsty, lepki syrop, czy raczej orzeźwiający cytrynowym smakiem latem „poncz” ;). No i właśnie – teraz pozostaje wycisnąć na to wszystko cytryny – dwie albo nawet trzy – i razem ze skórkami wrzucić do mikstury. Można dodać prawdziwą wanilię, gwiazdkę anyżu, trochę miodu. Czekamy, aż wszystko wystygnie, i wstawiamy na noc do lodówki.
W międzyczasie upajamy się cytrynowo-bzowym zapachym przepełniającym każde pomieszczenie w domu. To mój ulubiony moment. Następnego dnia miksturę należy pogotować – od momentu zagotowania jakieś 20-30 minut na wolnym ogniu. Odcedzić i zapasteryzować. Moje słoiczki z bzowym naparem nigdy nie doczekały zimy. W tym roku zrobię ich chyba ze sto, bo zimowe szarości złoty napój jest zwyczajnie najlepszy.
Herbatkę z czymś podać? Poproszę bez!
Bez czarny tak naprawdę jest biały. Kwiat jest biały. Kwitnie krótko, pod koniec maja i na początku czerwca, więc warto po drodze do domu chwycić ze dwa, trzy baldachy i wrzucić do dzbanka. Należy to zrobić w suchy dzień, gdy pyłek trzyma się kwiatuszków.
Dzbanek uzupełnia się plasterkami cytryny oraz substancją słodzącą, którą się lubi, np. syropem z agawy, miodem, ksylitolem, pełna dowolność. Gdy ostygnie i nie parzy, można sączyć i estetyką naparu zachwycać gości oraz domowników. Po wysączeniu koniecznie zalać jeszcze raz i korzystać z jeszcze mocniejszego aromatu.
Napój ten ma również właściwości lecznicze. Jest pomocny przy kaszlu, gorączce, a nawet zapaleniu oskrzeli. Kwiaty bzu wchodzą w skłąd mieszanek ziołowych stosowanych przy zaparciach. Działają napotnie, moczopędnie - wspomagają oczyszczanie organizmu.
Dzbanek uzupełnia się plasterkami cytryny oraz substancją słodzącą, którą się lubi, np. syropem z agawy, miodem, ksylitolem, pełna dowolność. Gdy ostygnie i nie parzy, można sączyć i estetyką naparu zachwycać gości oraz domowników. Po wysączeniu koniecznie zalać jeszcze raz i korzystać z jeszcze mocniejszego aromatu.
Napój ten ma również właściwości lecznicze. Jest pomocny przy kaszlu, gorączce, a nawet zapaleniu oskrzeli. Kwiaty bzu wchodzą w skłąd mieszanek ziołowych stosowanych przy zaparciach. Działają napotnie, moczopędnie - wspomagają oczyszczanie organizmu.
środa, 5 czerwca 2013
Schyłek pokrzywy czy pokrzywy zaranie?
Schyłek czy zaranie - na pewno szabrowanie, jak napisałby poeta. Ale proza się waha. Jedna mówi, że pokrzywa jest dobra do zbioru od przedwiośnia do maja. Druga, że od maja do września. Kolejna, że przez cały czas, gdy rośnie pokrzywa, można jeść pokrzywę. My się trzymamy wersji, że im wcześniejsza, tym lżejsza dla nerek; teraz do zbioru w pogodne dni nadają się wszakże już tylko górne liście, o ile są jeszcze zielone i rokujące. Jako że te na sąsiadującej łące rokowały, wylądowały w pieczonych kulkach. Pokrzywa przez ten cały sporny czas rośnie wszędzie - zachwaszcza ogrody, przystanki, szkoły podstawowe, rumowiska, wsie, miasta, przysiółki. Słowem - herbata rośnie wszędzie.
Ten pospolity chwast jadł już chyba każdy, a każdy przynajmniej słyszał o herbatce z pokrzywy, czy to żywej, czy ekspresowej. Prawda to? Nawet jeśli nie, oto dlaczego warto: ziółko to zawiera witaminy A, C, B, K i karotenoidy oraz mikroelementy: magnez, wapń, żelazo, fosfor, siarkę, potas, jod, krzem i sód. Uff. Dodatkowo w liściach są flawonoidy i kwasy organiczne (m.in. mrówkowy odpowiedzialny za pieczenie korzystne przy reumatyzmie).
Pokrzywa jest związana z krwią (pomaga przy krwiopluciu, krwawieniach z nosa), wspomaga leczenie anemii, osłabienia organizmu (częstego na przednówku - naprawdę rośliny wiedzą, kiedy rosnąć...), łagodzi dolegliwości związane z klimakterium, zapaleniem pęcherza, nerek, wzdęć, biegunki, mimowolnego moczenia u dzieci. Naprawdę czarowne ziele. Zewnętrznie wyciąg spirytusowy (posiekane liście + spirytus w proporcji 1:3) działa korzystnie na skórę głowy z łupieżem.
W mojej kuchni najczęściej kończy tak jak jarmuż, koniczyna i szpinak, a na zimę ją suszę i sypię obficie do wielu setów. Tym razem zainspirowana wizytą u znajomych i ich piekarnika zrobiłam dwie wersje placuszków - jedne usmażone w sezamie, drugie upieczone w piekarniku. Liście pokrzywy należy oberwać z łodygi, pozbywając się twardych ogonków. Zblendowane z uprażonymi pestkami słonecznika i czosnkiem tworzą zieloną ciapę, którą należy zmieszać z jaglanką i jakąś podręczną cebulą, chociaż to niekoniecznie, podlać oliwą, lepić kulki, piec kwadrans w 100 stopniach, gotowe. Jeżeli nie zostaną pochłonięte przed podaniem, smakują świetnie z sosem pomidorowym. I kremem z selera, ziemniaka i cytrynowego tymianku. Mmmm...
Ten pospolity chwast jadł już chyba każdy, a każdy przynajmniej słyszał o herbatce z pokrzywy, czy to żywej, czy ekspresowej. Prawda to? Nawet jeśli nie, oto dlaczego warto: ziółko to zawiera witaminy A, C, B, K i karotenoidy oraz mikroelementy: magnez, wapń, żelazo, fosfor, siarkę, potas, jod, krzem i sód. Uff. Dodatkowo w liściach są flawonoidy i kwasy organiczne (m.in. mrówkowy odpowiedzialny za pieczenie korzystne przy reumatyzmie).
Pokrzywa jest związana z krwią (pomaga przy krwiopluciu, krwawieniach z nosa), wspomaga leczenie anemii, osłabienia organizmu (częstego na przednówku - naprawdę rośliny wiedzą, kiedy rosnąć...), łagodzi dolegliwości związane z klimakterium, zapaleniem pęcherza, nerek, wzdęć, biegunki, mimowolnego moczenia u dzieci. Naprawdę czarowne ziele. Zewnętrznie wyciąg spirytusowy (posiekane liście + spirytus w proporcji 1:3) działa korzystnie na skórę głowy z łupieżem.
W mojej kuchni najczęściej kończy tak jak jarmuż, koniczyna i szpinak, a na zimę ją suszę i sypię obficie do wielu setów. Tym razem zainspirowana wizytą u znajomych i ich piekarnika zrobiłam dwie wersje placuszków - jedne usmażone w sezamie, drugie upieczone w piekarniku. Liście pokrzywy należy oberwać z łodygi, pozbywając się twardych ogonków. Zblendowane z uprażonymi pestkami słonecznika i czosnkiem tworzą zieloną ciapę, którą należy zmieszać z jaglanką i jakąś podręczną cebulą, chociaż to niekoniecznie, podlać oliwą, lepić kulki, piec kwadrans w 100 stopniach, gotowe. Jeżeli nie zostaną pochłonięte przed podaniem, smakują świetnie z sosem pomidorowym. I kremem z selera, ziemniaka i cytrynowego tymianku. Mmmm...
wtorek, 4 czerwca 2013
Mamo, jest dużo jeszcze? Podagrycznik w roli głównej
Bluszczyk kurdybanek i czosnaczek – para zdrobnień, do tego
dla podkreślenia charakteru potrawy dorzucam podagrycznik – sporo, drobno
posiekanego. Wcześniej z upodobaniem wysysam soczyste łodyżki. Zielony sok
przyjemnie łaskocze gardło. A skoro podagrycznik, to tylko kasza gryczana.
Grrrr, grrrr. Podobieństwa się przyciągają. I jeszcze tofu. I ciecierzyca. Tak
ją lubię, że kiedy się kończy, wpadam w zły nastrój. Jak to nie ma? Ciecierzyca,
groszek włoski, garbanzos – pod taką nazwą ją poznałam w Portugalii, gdzie nie
wiedzieć dlaczego, jest po prostu naj-lep-sza. I jeszcze tofu pokrojone w
kostki.
Na początek zupełnie niedzikie – cebula i czosnek. Co tak
pachnie? Za każdym, dosłownie każdym razem pyta M., kiedy jestem na tym etapie.
Więc warto. Rozbrajam żołądek jeszcze bardziej, dorzucając jak leci: cynamon,
kardamon, kumin. Potem kasza. Prażę ją, chyba z przyzwyczajenia, nawet nie
wiem, czy trzeba to robić z paloną gryczaną. Rzeczywiście, nie skleja się, ale
może jestem już kaszowym master chefem, tak często gotuje różne odmiany pani
mojej kuchni. Zalewam wodą, wszystko skwierczy i paruje. Kasza powoli wchłania
wodę, chlup, chlup, wypija łapczywie jak nie wiem co. Czas na zioła – dzikość
serca prosto z opuszczonych działek, na których kiedyś łapałam koty. Jak
przystało na wiedźmę, najpierw koty, potem kocioł dzikich ziół. Kota nie
gotuje. Przemyka mi przez myśl dorzucenie wibrysa. Hmmm, magiczne moce
wibrrrrrują. Czosnaczek przyjemnie wzmaga ostry zapach, kurdybanek rozsiewa
orientalne aromaty. Za mało go jakoś, nie muszę się bać tej wijącej się
roślinki. No i podagrycznik. Dużo go, rośnie wszędzie, więc narwałam go, jakbym
wpadła w dziki szał. Idzie wszystko, nie oszczędzam ani jednego listka do
kanapki. A można. Na koniec stali przyjaciele – tofu i ciecierzyca. Czego tu
nie ma? Proszę mi powiedzieć, czy brakuje jakichś witamin, minerałów, białka?
No to jeszcze słonecznik do pochrupania. Dziękuję, do widzenia. Ja popijam
winem od pana Abrle. Jego winoroślą rosną w chwastach.
Jeśli tak smakuje wino dojrzewające pośród nich, to ja już nie mam więcej
pytań.
Mamo, jeszcze jest dużo? Pyta mój syn, spoglądając badawczo
na dno patelni. No, nie ma, zjedliśmy wszystko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

