poniedziałek, 12 maja 2014

Na czasie

Gdzieś pomiędzy grą we frisbee a pisaniem jest czas na wąchanie liści, łamanie w palcach gałązek, sprawdzanie soczystości łodyżek. Już prawie wszystkie lipy mają liście wielgachne jak parasole, ale na niektórych można jeszcze znaleźć te najlepsze do sałatek i kiszenia - cieniutkie, małe i jasnozielone. Zrywam je, a potem słodkie i chrupiące młode liście funkii. Tak z inspiracji grupą super-women z tej strony. Wielkie, wielkie dzięki!
Do liściowej trupy dołączają jeszcze lekko kapuściane listki babki lancetowatej.



Posiekałam je wszystkie, doprawiłam solą i pieprzem, i jeszcze najlepszym olejem rzepakowym. Dodałam pomidory, które w tym roku już nawet teraz są tak dobre, że z bólem będziemy je żegnać jesienią. I jeszcze szparagi, jak co roku najdoskonalsze te od Majlertów. Tak dobre, że pół paczki zjadam w drodze do domu. Posypka z podprażonego sezamu wieńczy dzieło. Można tę kolorową doskonałość zjeść solo albo w towarzystwie kaszy, albo np. z jajkiem lub podsmażonym zamarynowanym z sosie tamari tofu.
W tle jakże dekoracyjny i jakże uporczywy chwast - skrzyp. Ktoś już go odkrył do celów florystycznych?


niedziela, 4 maja 2014

Budzimy się na wiosnę

Budzimy się w maju z nowymi pomysłami i... 1000 roślin jadalnych! Mamy zaszczyt współtworzyć tę stronę. Kisimy więc pokrzywę i liście brzozy, konserwujemy kwiaty w winnym occie i jak poleca genialna Inez, zajadamy się pędami sosny w czekoladzie. Dziki szał!

Ta wiosna jest wyjątkowa. Zima była krótka i dość ciepła, mamy więc obfitość absolutnie wszystkiego. Wiosną piękną zielenią bucha pokrzywa, królowa chwastów. Warto się nad nią pochylić szczególnie w maju, kiedy rośnie wszędzie, jest jej dużo, jest pyszna, zdrowa, och i ach. Dlatego dziś superprosty, klasyczny przepis na tartę z pokrzywy. Moja tarta jest na kruchym cieście, na które przepisu chyba podawać nie trzeba, bo to banał nad banały - margaryna do pieczenia albo masło, odrobina soli, mąka. Dziękuję :) (Jeśli nie macie czasu, użyjcie gotowego ciasta fracuskiego albo bossskiego filo).
Pokrzywę dokładnie umyłam, przelałam gorącą wodą (nie wrzątkiem) i pokroiłam, ale nie za drobno, bo papki działają na mnie odstraszająco. Usmażyłam czosnek i cebulkę, na to wrzuciłam pokrzywę i wszystko razem poddusiłam.



Końcówkę cebuli wkładam do szklanki z wodą. Puści korzonki, będzie ją można wsadzić do ziemi i zajadać potem szczypiorek.


Potem trzeba już tylko dodać śmietanę, nie żałować. I parmezan - również duuuużo. Sól, pieprz, tymianek, bazylia, co chcecie. Zupełnie szałową kompozycję stworzą w tym nadzieniu suszone pomidory, kapary, karczochy oraz inne tego typu cudowności. Kombinujcie i mieszajcie smaki.
Nie powiem wam, ile powinno się piec taką tartę i w jakiej temperaturze, bo mój piekarnik najadł się szaleju dawno temu i trudno pojąć, o co mu chodzi.

Et voila!


PS Wiecie, dlaczego pokrzywa jest wyposażona w parzydełka? Właśnie dlatego, że jest majową królową zdrowia. Gdyby nie broniła się w ten sposób, wszyscy chrupaliby ją ze smakiem. A my nie moglibyśmy się nią już cieszyć na naszych stołach. Ufff, na szczęście mamy przewagę - rękawiczki, do ataku!!!

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Grudzień na zielono


Cisza jak makiem zasiał u nas. Pracujemy, chodzimy mniej, ale ciągle obserwujemy, czy coś tam nie rośnie. Cieszy nas to, że wciąż spotykamy ludzi, którym podoba się to, co robimy. Wyciągamy ich czasem na te działki, w te błota, w krzaczory i inne takie. Jakim zaskoczeniem jest to, że grudzień, końcówka, i żadne tam po grudzie i przez śniegi, tylko przez zieleń brniemy. Przez młode pędy, przez maleńkie zioła. Aż żal nie zerwać.
Owocem takiej ostatniej wyprawy (zrealizowanej w celu obfotografowania naszych facjat i odnóży do pewnego bardzo ważnego pisma - będą szczegóły, nie martwcie się) była garść jagód jałowca, siateczka owoców dzikiej róży, kilka jabłek (tak, naprawdę, w grudniu są jabłka), kępka delikatnej gwiazdnicy i wcale nie takiej delikatnej, zawadiackiej przytulii.
Gwiazdnicy została pożarta w formie sałatki - pysznej! A robi się ją tak:
Obierz kilka buraczków (my mamy takie przesłodkie, niewielkie, nabyte drogą koooperatywną), upiecz je.
Zalej, nie żałując, octem balsamicznym i dobrą oliwą (ocet też ma być niczego sobie). Wstaw do lodówki na noc (teraz to się wszystko tak fajnie maceruje, a słodkość miesza się z nieoczywistą cierpkością; jest aksamitne i, ach, pyszne!).
Popieprz (dużo) i posól (niewiele). Posiekaj gwiazdnicę. Wymieszaj z buraczkami (teraz możesz dodać łyżkę musztardy, ale nie trzeba, musi za dobra być najlepsza, my miałyśmy taką z sherry). Posyp prażonymi pestkami dyni - nie tylko dlatego, że wygląda to najpiękniej.
Gwiazdnica w uszatym ajfonie

A co z przytulią? Przytulię trzeba ususzyć dobrze i nie przejmować się tym, że będzie pachnieć dzikim trawskiem, bo smakować będzie - o niebo! - lepiej. Potem zagotować gęsty syrop cukrowy (użyłam cukru trzcinowego), tak mniej więcej szklanka cukru na szklankę wody (ulepek wyjdzie, tak ma być). Zalać tym zielsko i dodać flaszeczkę wódki (taką małą dodałam na te proporcje szklanka/szklanka). Odczekać, aż uzyska bogaty aromat i będzie dawać efekt dotknięcia aksamitu na języku. Miły młody człowiek (mój brat) zasugerował dodanie do mikstury gałązki dębu i kilka anyżkowych gwiazdek. Trop jest dobry!

Zdjęcia zrobił Piotrek Kała: http://wawago.blox.pl/html; http://www.piotrkala.pl/

Przytulia

środa, 25 września 2013

spontaniczne wykopki

Czasem nadchodzi taki dzień, że się wyjmuje mózg i pragnie pojeździć na rowerze. Daleko, za jesienią, w szaliku, czapce, z dłońmi owiniętymi puchatymi mitenkami. No i jak już się wyegzaltuje smutki, schodzi się z pojazdu i wpina w rzeczywistość. Ja weszłam w szkodę. W połać bluszczyku kurdybanku w stołecznym parku.


Jednym ze starszych parków, monumentalniejszych, a jednocześnie chyba najbardziej bezpretensjonalnym, zapraszającym. Skaryszewskim. Wyjęłam z uszu słuchawki i zaczęłam słuchać dywanu ziół. Bo ten park tak ma, że szepce, kusi, uwodzi, a jak ktoś nie reaguje, to woła. Jak nie szumem liści, to wiewiórkę wysyła, by się wspięła po szprychach na błotnik i ta pluszowa małpka robi fikołka na lince hamulcowej i prowokuje. Gdy wykonała już swoje ewolucje w liczbie ziben tauzen, odprowadziłam ją wzrokiem. W bluszczyk właśnie.


Wówczas jeszcze byłam pewna, że zrobię wpis o tych małych gruszeczkach z Zielenieckiej i o syropie ze stokrotek, o którym ucięłam sobie pogawędkę z przechodzącą panią. Która się nie bała, po prostu przyszła i spytała, na grzyba mi te kwiatki. A tu nie na grzyba, tylko na syrop. Jesień jest, glut się piekli, wszyscy jesteśmy oranglutanami.

Lecz zdarzyło się inaczej. Gruszeczki obfociłam, spróbowałam raz, powtórzyłam degustację jeszcze siedemnaście razy, wszystko wyplułam, przepłukałam usta najlepszą kawą w mieście, senegalską z Saskiej Kępy. I pojechałam do szkoły po dzieci. Miał być ryż z gruszkami, ale trudno, coś kupimy. A te makolągwy znów wpadły na pomysł. Jedna na jutro ma przynieść jesienne warzywo. Druga natychmiast: to chodźmy wyrwać topinambur. To poszłyśmy.


Nie byłam przekonana, że to już. Wtem! Topinambur zaskoczył. Chyba widać?
Słonecznik bulwiasty. Wielkie krzuny obsypane małymi słoneczniczkami, które w korzeniach produkują bulwy. Coś jakby ziemniak, ale jakby orzech. Smak nieprawdopodobny. Na surowo rześkie orzechopodobne, po ugotowaniu dynio- i orzechopodobne, usmażone też słodkie i orzechopodobne. Słonecznik o fizjonomii ziemniaka i smaku orzecha. I to made in Poland.


Działałyśmy szybko, więc duszenio-smażenie. Z czym? Z bluszczykiem kurdybankiem, jacha oczywicha. Przypadkiem wyszło miastożercze combo z modnych substratów. Bluszczyk kurdybanek święci triumfy na Powiślu, nie ma to jak zjeść lancz z bluszczykiem. Topinambur dowożony jest do miasta spod miasta przez rozchwytywanych ekorolników. I słusznie. Bo lokalny, sezonowy, smaczny, osobliwy. Zawsze taki temat-haczyk w Interregio. Nie wiesz, co masz powiedzieć do współpasażerów? Spytaj o topinambur. A teraz smacznego. Ponieważ zostało całkiem trochę na śmiadanie.


PS A Helena do szkoły wzięła marchewkę.

poniedziałek, 23 września 2013

Klapsy, konferencje, lukasówki

Zapytano nas, co króluje we wrześniu. Koronę miesiąca śliwki węgierki oddały w tym miesiącu gruszki. Klapsy, konferencje, lukasówki. Same stare odmiany. Klapsy - miękkie, słodkie, rumiane, rozpadające się już właściwie zaraz po zebraniu. Konferencje - twarde, słodkie, dające się pożreć w całości. Zielone, z brązową koszulką w szerszej części. Moje ulubione - pyyyyyszne! I lukasówki. Stara odmiana żółtych gruszek w brązowe piegi. Słodkich, miękkich, ale nie rozpadających się tak jak klapsy. Teraz jest właśnie sezon na tę odmianę. W Warszawie znalazłyśmy już kilka drzewek. Drzewko na opuszczonych działkach urodziło kilka dorodnych gruszek słusznej wielkości. Większość jednak zmienił czas, gruszkowe reumatyzmy powyginały owoce w różne dziwaczne kształty. Nie znaczy to jednak, że gruszki są mniej smaczne!
Drzewko w zupełnie innym miejscu na lewym brzegu Wisły, niby w środku cywilizacji, a jednak dzikim, rodzi mnóstwo pełnowartościowych pięknych owoców. Leżały dwa dni w torbie i z około 30 owoców odeszły do gruszkowego raju jedynie dwa. Jest całkiem nieźle jak na takie miękkie owoce. Tym bardziej że nie zerwałam żadnego. Uprawiając niezamierzony frutarianizm, zebrałam tylko to, co leżało na ziemi.
Co z nich powstało? Część usmażyłam z cynamonem i imbirem. Uprażyłam mój ulubiony ryż basmati, dodałam gruszki. Zalałam wodą (niewiele) i mlekiem kokosowym (dużo), dodałam jeszcze dwie łyżki brązowego cukru. I to wszystko. Postawiłam to wszystko na małym ogniu i czekałam, aż ryż zrobi się sypki i puszysty, a gruszki przekażą mu całą swoją słodycz. Tak samo można przyrządzić kaszę jaglaną, kaszę mannę (tylko tutaj prażenie jest niepotrzebne), kuskus. Właściwie wszystko, co przyjdzie nam do głowy.
Druga część gruszek została wykorzystana do kulinarnego recyklingu. Nie lubię wyrzucać jedzenia.  Wyschnięte na wiór ciasto drożdżowe było więc dla mnie wyrzutem sumienia. Z taką dobrą drożdżówką nic się nie dzieje - nie pleśnieje, nie psuje się, tylko tak sobie spokojnie zasycha w papierowej torebce. I tak się stało u mnie. Pokroiłam ciasto na cienkie kromki. Wyłożyłam nimi spód foremki. Nałożyłam na nie warstwę gruszek przesmażonych z różnymi dobrymi przyprawami (kardamonem, cynamonem, imbirem, ale można dodać też np. wanilię - będzie pysznie na pewno). Potem znów kromki, warstwa gruszek i kromki drożdżówki na koniec. Wszystko to zalałam mieszanką mleka sojowego z rozbełtanym jajkiem. I już. Całość idzie na jakieś 20 min do piekarnika rozgrzanego do 180 st. Zapieka się pysznie w pudding z chrupiącą skórką wierzchu.

czwartek, 12 września 2013

Pigwa, pigwowiec, pigwówka

Na działkach, na które chodzimy, rośnie ich masa. Mają fantastyczne kształty - są takie jak malutkie zeppeliny, miniaturowe dyńki, puchate kluseczki. Jedne są już bardzo żółte, inne jeszcze czekają na złotą polską jesień. Mówię o pigwowcach. Nie o pigwach! Pigwy są duże, twarde, skórka zacięcie, nawet po ugotowaniu, broni u nich dostępu do słodkiego miąższu. Być może to właśnie pigwę, a nie jabłko Ewa dała Adamowi jako zakazany owoc. No więc ja dziś ten zakazany owoc oswoję.
To nie jest łatwe. Krojenie pigwowców wymaga wprawy, zręczności i nieziemskiej cierpliwości, której mi brakuje. Jakoś jednak daję radę. W sukurs przychodzą mi aksamitne w dotyku pesteczki, których w pigwowcach pełno. Aż się chce wypchać nimi jakiegoś pluszaka. Są takie miłe, że te z poprzedniej jesieni jeszcze długo leżały u mnie w słoiku, zanim podjęłam decyzję o ich wyrzuceniu.
Już zresztą samo zbieranie pigwowców, szczególnie w ekstremalnych warunkach opuszczonych działek (czytaj: dziury po altankach, trawsko po pas, krzaczory, gałęziory pozasychane etc.) przyprawia o ból głowy. Ach, te kolce! Moje dłonie po tym całym dłuuuugim czasie szabru na legalu (bo przecież nie okradamy nikogo) i przetwarzania ton owoców wyglądają (tak to sobie wyobrażam) jak ręce kobiety pracującej przy wykopkach ziemniaków od lat 20 najmniej. Jest na sali manikiurzystka? ;) (mam sporo przetworów na wymianę za usługę odgruzowania rąk ;))))

Pigwówka in progress
Pigwa i pigwowiec - dobrana para



Pigwowce zebrane, pokrojone, czas zasypać je cukrem, nie żałować. Potem mieszać - cierpliwie przez 10 dni. Dnia dziesiątego zalać rumem, spirytusem. Dodać anyż, laskę wanilii, cynamon, miód (tylko nie taki w proszku - uwaga, profanacja!). Właściwie wszystko, co dobrego przyjdzie do głowy. Odstawić na miesiąc albo lepiej. Przefiltrować. Czekać znów miesiąc albo lepiej. Wąchać w międzyczasie - w okresie listopadowego zwątpienia pomaga naprawdę nieźle. I potem pić - nie żałować sobie. W okresie zwątpienia styczniowo-lutowego pigwówka jest niezastąpiona.


Pani pigwa - niesamowicie zmysłowa

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Dzień antocyjanu




Będzie krótko. Bo ponieważ przedramiona mam całe podrapane od nurkowania w porzeczkach i jeżynach. Pisanie na kompie boli, powiew powietrza boli. Pójście do sklepu po porzeczki nie jest traumatyczne. Nurkowanie w chaszczach zawiera pewien potencjał traumy fizycznej. Każdy milimetr ran dotykający blatu stołu woła jednak: chrzanić ból, weź głęboki oddech i powąchaj powietrze we własnym domu. To nie tylko konfitury, ale też zasłoikowana wspinaczka na gruszę, wiszenie na śliwce, dwa przemiłe koty, niemal wzięte do domu, radosny okrzyk dziecięcia, lat 7: o, jest drabina!, drugi okrzyk: zostawmy porzeczki, znajdźmy więcej drabin, nowa znajoma poznana w lansiarskim miejscu na Żoliborzu, która skuszona antytezą konsumpcyjnego lansu przyjechała kilkanaście kilometrów po węgierki i chrzan. I trzylatek znudzony tym szabrowaniem wywalający z siatki na motyle wszystkie porzeczki w trawę. No i co? I porzeczki dwukrotnie zbierane. Tak to.

Ale tak naprawdę pojechaliśmy na śliwki. Idée fixe ostatnich dwóch tygodni, od mirabelek: hej, sorry, że dzwonię o 5 rano, ale właśnie poczułam, że węgierki dojrzały. Ale na miejscu okazało się, że co tam śliwki, gruszki! Tak było rano: idziemy, jemy drugie śniadanie prosto z krzaków i rysujemy w pamięci mapę-na-jesień: jabłka, dzika róża, jarzębina... Za gigantycznym torowiskiem opuszczone-nieopuszczone działki. Na kilku kręcą się ludzie, na większości nikt. Tylko my. I tak: aronie. Jeżyny. Porzeczki. WINOGRONA! Wszystko fioletowe, już nie czerwone, o nie! intensywnie bordowe - istny dzień antocyjanu!

Lecz właściwie żadna to dzikość. Wszystko można kupić w sklepie, na bazarku, w necie, przy drodze powiatowej. Bez sensu ten wpis. Tylko jak podjeżdżałam z córkami pod sklep po cukier do przetworzenia przetworów z bagażnikiem wyładowanym owocami, córki na widok billboardu ze śliwkami spytały przytomnie: po co je kupować, skoro można pojechać na szaber, zerwać je za darmo i mieć przygodę z drabiną i kotami?

Więc to dzisiaj o tym było. O pasteryzowaniu emocji i przygód, o bezsensie ustalonej rzeczywistości z perspektywy dziecka. Prawdziwego, bo nieletniego. Bo chyba w każdym miastożercy jest poważnie nieprzeterminowane dziecko, hm?

Dla porządku objawiam, że na dzikie winogrona na opuszczonych działkach warto z drabiną. I że są tak hipernadsoczyste, że z planowanych konfitur wyszedł sok. Soki. Jednej miastożerczyni dwa litry z czarnych i dwa litry z białych. Mnie, czyli drugiej miastożerczyni, sześć wielkich słojów gęstego przecieru winogronowego. Winogrona w garnku oszalały, wyszły winogrona w sosie własnym. Dla porządku objawię też tym, którzy nie wiedzą, że aronia sama tężeje w dżem.

Przepis podstawowy jest taki: 1 kg aronii, 0,5 kg cukru, pół szklanki wody. Na małym ogniu mieszać pół godziny, odstawić na kilka, potem znów powoli gotować. Aż stężeje. I już. Warto. Winter is coming...