poniedziałek, 3 czerwca 2013

Grochodrzew, czyli akacja

A właściwie robinia akacjowa.
Bo to jest o dostrzeganiu tego, co się widzi. Jako małe dziecko chowałam się w akacjowych szpalerach, by zakładać tam ze znajomymi bazy. Jako dziewczynka z słuchawkami w uszach łowiłam listki i rozmarzona obrywałam, skandując w myślach: Kocha, lubi, szanuje...

Jako kobieta 2013 edition liście zostawiam w spokoju, kolce omijam, za to wieszam na kierownicy płócienną torbę i wrzucam do niej kwiatostany. Tyle zabaw związanych było przez lata z akacją, pomijając zachwycone przystanięcia pod drzewem i upajanie się zapachem wiosny, ale jej zjedzenie przyszło do głowy niedawno.

Robinia zwana niesłusznie akacją to inaczej grochodrzew. To jedno z najpospolitszych drzew Polski pochodzi z Ameryki Północnej. Już Indianie omijali owoce robinii, Czirokezi pili napar z kory tego drzewa. My dla bezpieczeństwa koncentrujemy się na jedynym oficjalnie jadalnym elemencie - kwiatach. Smakują jak młody groszek - trochę delikatniej, słodkawo, a im młodsze, tym bardziej soczyste i lekkie w smaku.

Teraz, z początkiem czerwca, jest ostatni dzwonek, by się nimi nasycić, więc proponuję przepis z naszego dzisiejszego śniadania. Przewrotnie nie będzie na słodko. Inspiracją jest podstawowe ciasto na pakorę z wieloma modyfikacjami. Mąki ryżowa i sojowa w proporcjach 2:1, starte pół cebuli. Mało ostro? To jeszcze suszony imbir, masala obficie, curry! Dowolna zielenina, może być szczypiorek lub mięta z tej samej łąki, co robinia. Do tego naręcze kwiatków bez łodyżek. To ważne, żeby były wcześnie oderwane - plucie łodygami podczas posiłku przedłuża go, utrudnia i sprawia, że kolejne placki stygną.


Także wierszyk akacjowy dla dorosłych, który wyśnił mi się nad ranem, brzmi tak:
Zbiera, lubi, szabruje,
nie chce, nie je, żałuje.
W torbie, w kuchni, w sercu,
w brzuchach miastożerców!

niedziela, 2 czerwca 2013

Carota Katarzyna, czyli dzika marchew

Dzika marchew rośnie sobie wszędzie, pyszniąc się okazałym pióropuszem.

Dla nas to zachęta do polowania na dzicz. Nie zważając więc na, rzecz jasna, dopiero co wykonany manikiur, rozpoczęłyśmy wyrywanie-rwanie. Trochę się tego nazbierało. Nie można niczego zmarnować, więc poszarpane pióropusze robią za bukiet witaminowy. Co jakiś czas można skubnąć i zanurzyć się w ciut orientalnym smaku.


Korzenie dzikiej marchwi można wykorzystać jak te zwykłej marchwi. Pachną dużo intensywniej niż jej pomarańczowej kuzynki, ale nie są pomarańczowe, a to dlatego, że nie zawiera karotenu. Są dziksze z natury, długie, łukowate, stawiają opór przy krojeniu. Trzeba je oswoić z ostrym nożem - ciach!


Razem z cebulą, czosnkiem, posiekaną natką (dzikiej marchwi) i kilkoma przyprawami podkreślającymi dziki zapach Wschodu, jak imbir, kurkuma, kumin, wrzucamy je do kotła czarownicy. Kiedy już to wszystko się podsmaży i wypełni kuchnię nieznośnie wręcz przepięknym zapachem, dorzucamy młodą kapustę. Całą główkę, bez żalu. Kiedy to wszystko się zagotuje, solimy i pieprzymy do smaku. I jeszcze kropla soku z cytryny albo octu jabłkowego. Można taką zupę zaczerwienić pulpą z pomidorów, zagęścić kaszą, dorzucić ziemniaków, soczewicy, podrasować olejem sezamowym. A na koniec posypać natką dzikiej marchwi. Jest pysznie, nawet w takie deszczowe dni.